Nadszedł ten dzień! Koniec z teoretyzowaniem, planowaniem i przeglądaniem map na kanapie. Ruszyliśmy w teren! Na nasz pierwszy, oficjalny ogień poszła ona – legendarna, kapryśna i budząca respekt Królowa Beskidów, czyli Babia Góra (Diablak, 1725 m n.p.m.).
Zanim Wam opowiem, jak nowicjusz (ja!) radził sobie na tym podejściu, rzućmy okiem na to, co wypluł mój Garmin. Liczby nie kłamią – to nie był niedzielny spacer do parku!
📊 Nasza trasa w liczbach (Garmin Connect):
- Dystans: ok. 20 km (pełna pętla)
- Czas aktywności: ok. 7 godzin i 30 minut (z przerwami na łapanie tchu i herbatę)
- Suma podejść: ponad 818 metrów w pionie!
- Start i meta: Przełęcz Krowiarki
Początek, czyli „schody do nieba” z Krowiarek
Ruszyliśmy z Przełęczy Krowiarki niebieskim szlakiem. Łatwa i prosta droga bez jakichkolwiek utrudnień. Ustaliliśmy z ziomkiem tempo i ruszyliśmy na przód żartując i ciesząc sie z piękności natury, dobrej pogody i pięknych widoków. Po drodze stanęliśmy na chwile przerwy przy Mokrym Stawku. Zrobiliśmy kilka fotek, nakręciliąmy kilka ujęć i ruszyliśmy dalej. Po jakimś czasie dotarliśmy do skrętu ratowników. Tak jeeest, jest to trasa przez perć akademików. Najtrudniejsza trasa bodajże w beskidach. Z lekka byłem przerażony bo nie wiedziałem, czy kondycyjnie uciągne ciągłe podejście. Mieliśmy zrobić małą przerwę ale uznaliśmy, ze zrobimy ją wyżej na polanie przed podejściem na łańcuchy i wspinaczkę. Tam usiedliśmy, zrobiliśmy sobie ucztę i dostarczylismy odpowiednią ilość węglowodanów żeby nogi nie odmówiły posłuszeństwa.

Jeśli ktoś z Was tamtędy wchodził, to wie, że Babia Góra nie daje taryfy ulgowej na start. Początek to ostre, monotonne podejście po słynnych „schodach”, które błyskawicznie weryfikuje kondycję. Płuca paliły, nogi powoli zaczynały pytać: „Po co ci to było?”, ale w głowie cały czas tliła się ta obłędna ciekawość – co będzie dalej? Powtarzałem sobie nic mnie nie złamie.
Ruszyliśmy dalej. Pogoda na szczęście sprzyjała, ciepło i czyste błękitne niebo. Widoki robiły wrażenie, nic tylko zachwyt.
Doszliśmy już do pierwszych utrudnień na szlaku. W sumie jak dla mnie, jako początkującego nie było to trudne przejście. Jedynie jakie miałem problemy przez całą trasę to z moimi butami Lowa Zephyr GTX Mid. Te buty całkowicie nie nadają się na górskie wędrówki. Ostrożnie stąpając po śliskich kamieniach przeszedłem dalej.
Kilka metrów przed samym wejściem po skałach i drabinkach zastała nas spora kolejka. W sumie straciliśmy tam około 50 minut. Gdyby nie to, diablak byłby zapewne zdobyty w 2h 30 min. Po tych 50 minutach stania w kolejce w końcu dotarliśmy do ostatniej przeszkody na akademickiej perci. Samo wchodzenie było fascynujące. Tak mi się to spodobało, że mam ochotę ruszyć na inne miejsca gdzie mogę się tak pospinać.
Po wejściu na górę ukazało się strome podejście na szczyt diablaka, finałowy checkpoint. Trzeba przyznać, że dla osoby ze słabą kondycją może być ciężko. Tętno miejscami podbijało mi do 200 bpm. Musiałem często robić przerwy.

Mimo trudności leżących po stronie kondycji udało się wejść i mamy to!
Szczyt zdobyty! Satysfakcja na 1725 m n.p.m.
Kiedy po prawie 3 godzinach wchodzenia wliczając to przerwy i przestój na perci udało się. Wszedłem, zdobyłem ten szczyt, który obiecał mi mój śp. dziadek. Kompletne, fizyczne wycieńczenie zmieszało się z absolutną, czystą satysfakcją. Widoczność była niesamowita – panorama na Tatry, Jezioro Orawskie i falujące beskidzkie grzbiety zapierała dech w piersiach (o ile wiatr jeszcze jakiś dech w nas zostawił!).
Szybka, zasłużona przerwa z białkowym posiłkiem oraz napojeniem, pamiątkowe fotki całej ekipy (doświadczeni wyjadacze tylko uśmiechali się z politowaniem, patrząc na moją zmęczoną, ale przeszczęśliwą minę) i czas na powrót.
Zejście przez Przełęcz Brona, następnie krótkie podejście na Małą Babią ale ze względu na czas i zbliżający się zmrok ruszyliśmy w stronę schroniska na Markowych Szczawinach, które pozwoliło nam na złapanie dłuższego oddechu i zregenerowanie sił przed ostatnim, leśnym odcinkiem z powrotem na parking. Powrót po zmroku również robił wrażenie. Podjęliśmy decyzję o zdobyciu Babiej pod nocną osłoną, ale zostawimy to już na nowy rok.
Pierwszy szlak za nami, „Obłędni” oficjalnie rozpoczęli swoją historię w terenie. Kolejne wyzwania już świtają w głowie!
A Wy jak wspominacie swoją pierwszą wizytę na Babiej? Też Was tak przewiało, czy mieliście pełne słońce i spokój? Piszcie w komentarzach!
Do zobaczenia na szlaku!
Brak komentarzy. Bądź pierwszy!